Ze świata #1. Disco, funk, Tsubasa (Japonia)

Czas czytania: ok. 4 min.

W tydzień po ślubie ruszyliśmy z Anią w podróż poślubną do Japonii. Z dwutygodniowym Japan Rail Passem, zapasem USD do wymiany na JPY i konkretnym planem zaczęliśmy poznawać Kraj Kwitnącej Wiśni w czasie, gdy nie kwitną wiśnie, ale brązowieją klony. Prowadziło nas romantyczne, miodowe wręcz hasło: „Oglądamy ile wlezie, bo pewnie już tu nie wrócimy”. W opór zwiedzaliśmy w dzień, by w nocy nie dość wysypiać się w klaustrofobicznych, modułowych pokoikach japońskich dwu- i trzygwiazdkowych hoteli.

Postawiliśmy na intensywną eksplorację Japonii i uczciwie przepracowaliśmy te nasze szesnaście dni na Honsiu. Widzieliśmy pierwszą japońską stolicę, Narę. Spaliśmy w pokoju z widokiem na Kopułę Bomby Atomowej podczas wizyty w Hiroszimie. W Kioto szliśmy szlakiem filozofa, dzielnicą gejsz, po słowiczej podłodze i przez tysiące bram tori do świątyni Fushimi Inari. Głuchliśmy od jazgotu pachinko niosącego się po Dotonbori w Osace, po zmroku oślepiały nas neony na ulicach tokijskiego Shinjuku, a na śniadanie jedliśmy hosomaki wśród rybiego smrodu targu Tsukiji. Na szczęście w wirze tej turystycznej ekstazy nie straciliśmy z widoku kluczowych spraw, nie zapomnieliśmy o tym, co w przebywaniu każdej drogi jest prawdziwie ważne, o jakie wartości dbać i z czym należy wracać do domu.

Dlatego przywieźliśmy z Japonii kilka winyli.

Zanim więcej o nich, szybka uwaga na marginesie. Bez znajomości japońskiego dogadywanie się ze sprzedawcami płyt w Japonii jest nawet trudniejsze niż próba wyciągnięcia czegoś na temat winyli z flamenco w Andaluzji, gdy nie mówi się po hiszpańsku. Tu i tu angielski to mało. Ale na Dalekim Wschodzie poziom trudności podnosi alfabet, który potrafi całkowicie zablokować możliwość odszyfrowania nawet podstawowych informacji, np. czy mamy w rękach zapisaną na wosku treść anime, czy to raczej soundtrack do niego (bo zakładam, że już przed odsłuchem trzeba zrobić jakąś selekcję). Japończyków cechuje wrodzona uprzejmość wobec turystów, więc przytakują na każde zadane po angielsku, nawet bezsensowne pytanie. Nijak to nie rozwiewa wątpliwości – nie tylko muzycznych (co w sumie nie jest wielkim problemem), ale też topograficznych czy gastronomicznych (co czasowo, finansowo i smakowo potrafi być o wiele gorsze…).

Ostatecznie jednak nie poszło źle. W Hiroszimie w ogóle obyło się bez kontrowersji – stąd mamy album Hiromi Iwasaki Fantasy i EP-kę What It Is… What It Was zespołu Osaka Monaurail. A w Tokio mieliśmy po prostu farta, bo dopiero w Polsce okazało się, że płyta z Tsubasą na okładce to faktycznie soundtrack, a nie japoński komentarz do jakiegoś jego animowanego meczu.


Hiromi Iwasaki, Fantasy (1976)

Fantasy to chronologicznie drugi z łącznie około dwudziestu albumów w dyskografii Hiromi Iwasaki. Jestem naprawdę wdzięczny sprzedawcy z Hiroszimy, że podsunął mi tę płytę. Nie wiem, może w Japonii ten album mają wszyscy. Ale z polskiego punktu widzenia to na pewno dość egzotyczne disco. A przy tym porządne i nie ma to najmniejszego znaczenia, że Hiromi śpiewa niemal wyłącznie po japońsku. Nie tylko nie psuje to radości ze słuchania, ale dodaje piosenkom trochę uroku. To świetnie zaaranżowana i różnorodna płyta. Nie chcę grać znawcy technicznej strony muzyki, ale intuicja podpowiada mi, że wszystkie te smyczki, gitary, trąby, klawisze i bębny spójnie działają z gładkim wokalem Hiromi Iwasaki. Świetnie słychać to na Campus GirlTsuki No Shizukude, chyba najlepszych nagraniach z albumu. Dobrych momentów jest tu jednak więcej.


Osaka Monaurail, What It Is… What It Was (2000)

Chociaż zespół Osaka Monaurail pojawił się na muzycznej scenie na początku lat 90., to pierwszą płytę What It Is… wydał dopiero w 2000 roku. W pewnym sensie to skromny debiut, bo mamy tu tylko cztery utwory. Ale z drugiej strony ekipa z Osaki serwuje w nich kawał rasowego funku, który od startu przywodzi na myśl brzmienie The J.B.’s – legendarnej grupy wyrosłej na geniuszu Jamesa Browna. Zresztą Japończycy nigdy nie kryli, że Amerykanie to ich mentorzy na odległość – drugi człon nazwy koresponduje z utworem (It’s Not The Express) It’s The J.B.’s Monaurail otwierającym album The J.B.’s Hustle With Speed z 1975 roku. Na marginesie: w 2006 roku z muzyką Jamesa Browna i The J.B.’s połączyła japoński zespół płyta I Am What I Am nagrana z Marvą Whitney

Co do What It Is… Zawartość płyty to przede wszystkim trzy wariacje na temat tytułowego nagrania – zebrane w jeden utwór na otwarcie płyty części pierwsza i druga, trzecia rozpoczynająca stronę B i instrumentalna wersja na zakończenie (original tambourine mix). Rewelacyjnym przerywnikiem pomiędzy nimi jest „pożyczony” od Isaaca Hayesa Theme From „The Men”. Na pewno warto sprawdzić Osakę Monaurail w akcji, nawet jeśli wykrzykiwane z japońskim akcentem słowa What it is, what it was mogą brzmieć trochę śmiesznie.


Captain Tsubasa: Europa Daikessen Original Soundtrack (1985)

Tsubasa, Wakashimazu, Wakabayashi, Kojiro. Kto przeżywał swoje dzieciństwo przed 2000 rokiem, miał w domu kineskopowy telewizor z Polonią 1 i lubił kopać piłkę na asfalcie, ten po prostu musi przynajmniej kojarzyć tych animowanych piłkarzy. Pamiętam jak dziś: widok z lotu ptaka na mniej więcej środek boiska i tam Tsubasa sprintem mija ze trzech przeciwników, potem rzut od przodu na zawodnika FC Nankatsu, dalej mamy jakieś bezsensowne retrospekcje, później znowu widzimy akcję z góry, slalom między rywalami itd. W sumie przez prawie cały odcinek oglądamy Tsubasę biegnącego na pełnym gazie w jedną stronę po chyba milowym boisku, od czasu do czasu widzimy jakiś strzał, paradę, bieganie po poprzeczkach, odbicia od słupków i inne takie. Działo się…

Soundtrack został wydany w 1985 roku i pochodzi z filmu Captain Tsubasa: Europa Daikessen, w którym reprezentacja młodych japońskich piłkarzy rozgrywa mecz z europejską drużyną gwiazd. Muzycznie ten album to nic specjalnego, ale za to okładka to świetnie wykonany gatefold z całą masą ułożonych w komiks klatek z animacji – idealna rzecz na pamiątkę z Japonii.

***

Czyli dwie z trzech znalezionych podczas podróży płyt polecam bez chwili wahania, trzecia to sentymentalna ciekawostka. Album Hiromi Iwasaki i EP-ka Osaki Monaurail to nic innego, jak japońskie naśladownictwa amerykańskiego soulu i funku. Na tyle udane, że po prostu żal ich nie sprawdzić.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image