Ze świata #2. Bossa nova z Tallina (Estonia)

Czas czytania: ok. 3 min.

Wydany w 1971 roku wspólny i pozbawiony tytułu album Marju Kuut i Uno Loopa to naprawdę ciekawy głos w temacie bossa novy. Głównie dlatego, że to przykład muzyki zza żelaznej kurtyny otwartej na wpływy naprawdę odległych zakątków świata. Artyści PRL-u udowadniali otwartość i pomysłowość nie raz (jak się chcemy trzymać ściśle bossa novy, trzeba wspomnieć np. o Novi Singers), ale zawsze dobrze jest odszukać też zdolnych ludzi z innych krajów satelickich. Album jest podwójnie egzotyczny: mamy na nim brazylijską muzykę, ale nagraną w będącej pod radzieckim butem Estonii (i po estońsku zaśpiewaną).

Rozumiem, że poprzednie zdanie może nie każdego zachęci, ale radzę się przemóc, bo tej muzyki słucha się naprawdę świetnie. Zresztą Marju Kuut i Uno Loop to nie byle kto, tylko muzycy zasłużeni w Estonii i w ludowym świecie w ogóle – mieli okazję grać w przeróżnych rejonach radzieckiej i, szerzej, komunistycznej strefy wpływu (wydeptali sceny od Wilna po Mongolię). Na Last.fm wyczytałem w krótkim biogramie, że urodzona w 1946 roku Marju Kuut może się pochwalić przeszło pięćdziesięcioletnią obecnością w branży, nagrała ponad trzydzieści albumów i czterysta piosenek, a magazyn „Down Beat” przyznał jej w 1965 roku tytuł najlepszej piosenkarki jazzowej w ZSRR. Uno Loop jest starszy, urodził się w 1930 roku. Zaczynał jako gitarzysta w trupie amatorskich tancerzy, do gry na instrumencie z czasem dołożył wokal, był praktykiem i teoretykiem muzyki, pedagogiem, solistą w filharmonii, członkiem kwartetu Estońskiego Radia, a spoza świata dźwięków także zasłużonym triatlonistą.

PCHLI TARG W DAWNYM ZAKŁADZIE KOLEJOWYM

Zanim konkretnie o płycie, napiszę jeszcze tylko, że natknąłem się na nią kompletnym przypadkiem. Podczas parodniowej wizyty w Tallinie w 2014 roku nocowaliśmy u Roberta, znajomego mojej Ani z czasu, gdy mieszkała za granicą. O naszym przyjeździe dowiedziała się koleżanka jego współlokatorki, Maria. Chciała się z nami spotkać, bo przez jakiś czas spotykała się z polskim erasmusem – nieszczęśliwa miłość: on przez parę miesięcy obiecywał jej wszystko, a potem z hukiem ją olał i wrócił do Krakowa – więc dukała trochę po polsku i chciała zobaczyć, jak jej pójdzie rozmowa. Maria znała się na muzyce i dała mi kartkę z wartymi uwagi estońskimi nazwiskami. Jednego dnia trafiliśmy na pchli targ Telliskivi, który okazał się sensownym miejscem do kupowania płyt. W jednym z kartonów trafiłem na ciekawą okładkę wyraźnie stylizowaną na lata 60. Widoczna na niej twarz przypominała trochę Astrud Gilberto. A nazwisko Uno Loopa znałem z listy od Marii. I tak za jakieś 12 euro w moje ręce trafił ten album.

Na marginesie: gdyby ktoś wybierał się do Tallina, warto zahaczyć o pchli targ będący częścią Telliskivi Creative City. Pod tą szumną i chyba obecnie dość wyeksploatowaną nazwą – wszystko jest dziś kreatywne… – kryje się mocno hipsterska mieszanina knajp, designerskich sklepów i galerii. Wszystko to w industrialnej scenerii fabrycznych terenów należących dawniej do zakładów kolejowych. Ten obszar stanowi udany przykład rewitalizacji zaniedbanej i zapomnianej przestrzeni miejskiej – Telliskivi tętni teraz życiem.

CO NA TO JOBIM?

Na dwanaście znajdujących się na płycie nagrań jedno napisał Uno Loop, a reszta została „pożyczona” od innych kompozytorów. Przede wszystkim od Antonio Carlosa Jobima, którego nazwisko od razu rzuca się w oczy. Płyta zawiera trzy jego utwory o przemianowanych na język estoński tytułach: Sa Tantsi Sambat, Las Kõlab Bossa-NovaPäike Kõrgelt Käib. Ich oryginalne wersje to po kolei: Só Danço Samba (1962), Desafinado (1958) i Vivo Sonhando (1962). Swoją drogą ciekawe, co Jobim powiedziałby na estoński tekst przy swojej brazylijskiej muzyce. Ważne, że Marju Kuut i Uno Loop wstydu mu nie przynieśli. Ale też nie da się ukryć, z całym szacunkiem dla estońskiej pary, że kompozycje, które wzięli, to samograje, a oni zabrali się za nie bez rewolucyjnych ambicji. Nie chcieli bossa novy reformować, ale ją solidne wykonać. I to wyszło tak jak powinno. Tak w przypadku utworów Jobima, jak i pozostałych „użytych” na płycie muzyków.

W Polsce mamy bossa novę w odważnym, pełnym wokaliz wykonaniu Novi Singers, a Estonia „dorobiła się” Marju Kuut i Uno Loopa, którzy do brazylijskiej muzyki podeszli bardziej zachowawczo. Ich płyta to oczywiście ciekawostka sprzed lat, ale niesprawiedliwie byłoby widzieć w niej tylko eksponat z muzeum radzieckiej muzyki czy marną kopię Jobima. Album naprawdę daje radę i dzisiaj.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image