Kręta droga pieśni niewolnika

Czas czytania: ok. 10 min.

Murzyńska pieśń Swing Low, Sweet Chariot ruszyła w XIX wieku krętą drogą przez świat muzyki. Z czasem tytułowym rydwanem przestawali kierować wyłącznie aniołowie, a ślad po niewolnikach, ich pierwszych pasażerach, bardzo często ginął. Historia pieśni prowadzi przez gatunki bliskie tradycji negro spirituals, jak blues i soul. Kieruje też do znacznie bardziej odległych zakątków muzyki, takich jak country lat 50. i 60., funk spod ręki George’a Clintona czy piszczący z głośników starych chevroletów kalifornijski hip-hop.

Jednak zanim o tym, posłuchajmy może pierwszej zarejestrowanej wersji Swing Low… z 1 grudnia 1909 roku. To udostępnione w cyfrowym archiwum Biblioteki Kongresu wykonanie Fisk University Jubilee Quartet, jednego ze składów zespołu a capella, który od 1871 roku rozwijał się pod skrzydłami tej „czarnej” uczelni z Nashville i koncertował z repertuarem opartym na murzyńskich pieśniach.

Na start i dla porządku kilka podstawowych faktów, bez których opowieść będzie niekompletna. Przede wszystkim: pochodzenie Swing Low… być może nigdy nie zostanie wyjaśnione „na pewno”. Według Biblioteki Kongresu źródeł autorstwa pieśni trzeba szukać w jednej z dwóch historii:

Historia 1. W 1851 roku na plantacji w Tennessee niewolnica Sarah Sheppard urodziła córkę Ellę – w dorosłym życiu związaną z Fisk Jubilee Singers. Gdy dowiedziała się, że jej pan zamierza rozdzielić ją z dzieckiem i sprzedać na inną plantację, postanowiła utopić się wraz z córką w rzece Cumberland. Przeszkodziła jej w tym pewna staruszka, która miała powiedzieć: let de chariot of de Lord swing low. Nieznajoma przepowiedziała też, że dziewczynka pewnego dnia stanie przed królowymi i królami. Kobieta uznała to za wystarczający powód, aby oszczędzić i córkę, i siebie. Zgodnie z wolą swojego właściciela została sprzedana i wywieziona do Missisipi. Historia kończy się jednak szczęśliwie. Najprawdopodobniej po latach Ella spotkała się z matką i sprowadziła ją do Nashville. Sarah zmarła w 1912 roku, a na jej pogrzebie, rozbrzmiało Swing Low… W tej historii to jej należałoby przypisać autorstwo pieśni.

Historia 2. Tekst ułożył na początku drugiej połowy XIX wieku Wallace Willis (zwany też Wujkiem Wallacem), niewolnik żyjący w Missisipi na plantacji Brita Willisa. Jego pan, od którego przejął nazwisko, był półindianinem z plemienia Czoktawów. W latach 30. tamtego stulecia amerykański rząd nakazał Indianom relokację do południowej Oklahomy. Dura lex, sed lex. Wujek Wallace podąża za swoim panem, trafia w nowe miejsce i zostaje wynajęty do jednej ze szkół. Śpiewa uczniom spirituals. W repertuarze ma Swing Low… Alexander Reid, poruszony pieśnią dyrektor szkoły, spisuje ją i puszcza w obieg, m.in. podczas spotkania w New Jersey przekazuje tekst bezpośrednio członkom zespołu z Fisk Univeristy.

Za prawdziwą wolę brać drugą wersję (tak też jest najczęściej w internetowych źródłach), bo tajemnicza staruszka i jej proroctwa z pierwszej historii brzmią jak mało wiarygodna legenda. Poza tym Wallace’owi Willisowi przypisuje się kilka innych negro spirituals, co tylko uprawdopodabnia jego autorstwo. Źródła zawierają też ciekawą informację, że Willis, przekroczywszy granicę Oklahomy, przepływającą przez jej terytorium Red River skojarzył z rzeką Jordan i opisaną w Starym Testamencie przepowiednią Eliasza. I looked over Jordan, and what did I see? – to przecież słowa ze Swing Low... Biblijny trop wyostrza się po lekturze Drugiej Księgi Królów (2 Krl 2, 11), w której czytamy o podróży Eliasza i jego ucznia Elizeusza, w czasie której nad Jordanem dopełniła się przepowiednia wniebowstąpienia proroka: Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios.

Czyli wszystko jasne.

Wóz ognisty lub rydwan (w zależności od przekładu Biblii) to oczywiście tytułowy chariot, który ma przybyć na ziemię i zabrać do Domu/Nieba (ang. coming for to carry me home) modlącego się śpiewem czarnego niewolnika. W wymiarze religijnym tekst można oczywiście traktować dosłownie, ale nie mniej ważny jest kontekst społeczny. Symbole rydwanu i przekroczenie rzeki Jordan odnoszą się do marzenia ucieczki od nieszczęścia niewolnictwa. Wielu wykonawców pieśni wyrażało oblane religijnymi metaforami, ale oczywiste dla swojego otoczenia, konkretne recepty na wyzwolenie i po prostu lepsze życie. Były nimi choćby dążenie do abolicjonizmu czy idea tzw. Kolei Podziemnej – umownego szlaku ratunkowego dla zbiegłych niewolników.

Ocalało tylko jedno…

Kradnę myśl Leopoldowi Tyrmandowi, który w eseju U brzegów jazzu zauważył, że prawdopodobnie jedynym, czego ładnych parę wieków temu nie udało się wykorzenić z afrykańskich mas przewożonych w nieludzkich warunkach na niewolniczych statkach, było specyficzne czucie muzyki: Sposób grania i śpiewania, sposób uderzania gołymi rękami w przedmiot o wartościach perkusyjnych, i rytmizowania ludzkiego głosu z tym dźwiękiem. Zabrana z Afryki wrodzona umiejętność zderzyła się w Ameryce z morderczą pracą na plantacjach, abstrakcyjnie wysoką śmiertelnością, notorycznym strachem przed stosującymi wszelkie rodzaje przemocy „opiekunami” i górą innych nieszczęść. Wiemy dobrze, jak rodną glebę dla wielkiej sztuki stanowi taka rozbrzmiewająca przez pokolenia skarga – pisał Tyrmand. A że śpiew nie był zabroniony – w końcu pieśni pomagały w pracy fizycznej i spuszczały powietrze z pomysłów o buncie – to w czasach niewolnictwa pojawiło się przynajmniej kilka odmian muzycznej ekspresji czarnych. Wśród nich work songs czy negro spirituals. A już po emancypacji murzynów także m.in. chain gang songs jubilee songs.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, jak brzmiała oryginalna wersja pieśni. Mało konkretnie zakładam, że wokalnie mogła, ale nie musiała się bardzo różnić od interpretacji Fisk University Jubilee Quartet z końca pierwszej dekady XX wieku. Na pewno stały za nią inne emocje. Jubilee songs różniły się od negro spirituals, bo cierpienie i żal zamieniały na radość i nadzieję. Stało się tak w efekcie zniesienia niewolnictwa na Południu w 1863 roku i dwa lata później w całych Stanach Zjednoczonych. Wymierzony w czarnych rasizm oczywiście nie zniknął, ale tak czy inaczej zmiany musiały dawać im trochę oddechu i obietnicę, że „jakoś to będzie”.

Czy więc pierwotna wersja Swing Low… była gorzkim przeciwieństwem jubilee songs? Pod względem ekspresji niekoniecznie, a niektóre jej wykonania mogły być nawet o wiele bardziej energetyczne niż raczej stateczna wersja z 1909 roku. Konstrukcja tekstu oparta jest na schemacie call and response, a to cecha tzw. ring shouts, czyli swego rodzaju muzycznych transów, które potrafiły przybierać nieraz bardzo dynamiczną, ekstatyczną formę interakcji śpiewającego lidera z „publicznością”. Czyli np. na zawołanie: swing low, sweet chariot, uczestnicy odpowiadali: coming for to carry me home. Tempo dialogu rosło i rosło. Tyrmand twierdził, że pieśń trzeba zaliczyć właśnie do tej kategorii.

Poniżej zespół The Caravans. Wiem, że nagranie pochodzi z 1958 roku i nie jest wykonaniem a capella, ale mniej więcej od połowy nieźle pokazuje, o co chodzi w ring shouts.

Przy okazji, całkiem na marginesie. Fantastyczny przykład call and response dał Cab Calloway w Minnie the Moocher, jazzowej zabawie z 1931 roku. Po latach piosenka znalazła się w filmie Blues Brothers.

Ok, stan na teraz jest taki: znamy historię i znaczenie Swing Low…, wiemy kto i w jaki mniej więcej sposób ją początkowo śpiewał. Czyli dotarliśmy do 1 grudnia 1909 roku, do momentu pierwszej rejestracji pieśni. To symboliczny punkt, bo historia nabiera w nim rozpędu i zmierza w kierunku, którego jej twórca i pierwsi wykonawcy nie mieli prawa sobie wyobrazić. Muzycy w kolejnych dekadach wykorzystywali tekst i melodię zarówno w sposób bliski oryginałowi, jak i w niemal całkowicie od niego oderwany.

Jazz, country, rugby

Trudno wymienić wszystkich późniejszych wykonawców Swing Low…, o ile to w ogóle możliwe. Zresztą nie zależy mi na tym, bo nie chcę tworzyć kompletnej listy powiązanych utworów, ale pokazać, że gdy muzyczny temat zakorzeni się w świadomości artystów i odbiorców, może liczyć na nieśmiertelność.

To naturalne, że z tradycji negro spirituals czerpali czarni muzycy. Kilka przykładów. Louis Armstrong nagrał jazzową wersję wokalną pieśni, Dizzy Gillespie instrumentalną. Ben E. King przełożył ją na język bluesa, a Sam Cooke po mistrzowsku zaadaptował na soul na wydanym w 1960 roku albumie zatytułowanym właśnie Swing Low. Poza nimi z „czarnego” podwórka jeszcze: Etta James, Mahalia Jackson, The Staple Singers i wielu innych… Ale za pieśń brali się też artyści reprezentujący zupełnie inne gatunki. Takie jak country Johnny’ego Casha czy Dolly Parton. Z folkowego świata mamy też Joan Baez i jej występ na Woodstock ‘69, chyba najsłynniejszym festiwalu w historii (swoją drogą cytatów z negro spirituals było na tej imprezie więcej; choćby Freedom Richiego Havensa ze słowami z Sometimes I Feel Like A Motherlesss Child). Jedną z najbardziej znanych wersji znajdziemy u Erica Claptona, który w 1975 roku postawił niestety na klimat fatalnego reggae, przez co trochę głupio jego „dokonanie” polecać.

Listę można by długo rozwijać. Aby nie robić wyliczanki, postawię kropkę jeszcze jedną tylko historią.

Od 19 marca 1988 roku Swing Low… jest hymnem angielskiej reprezentacji w rugby. Tego dnia Anglicy grali z Irlandczykami w Pucharze Pięciu Narodów i szło im kiepsko. W pewnym momencie jakiś załamany kibic zawył pierwsze słowa refrenu – trudno powiedzieć, dlaczego akurat tego – a inni to podchwycili. Historia fimowa: tłum śpiewa, a rugbiści się budzą i wygrywają. Anglicy do dziś grzeją w ten sposób swój zespół przed meczem. Efekt jest taki, że niewolnicza pieśń funkcjonuje poza swoim naturalnym środowiskiem w formie kibicowsko-pijackiej przyśpiewki. Jak w artykule na ten temat zauważył ktoś z „New York Times”, wielu Amerykanów nie jest, delikatnie mówiąc, szczęśliwych z tego powodu. W wyspiarskich kibicach rugby widzą hołotę i ignorantów.

Statek matka zamiast rydwanu

Gdyby Anglicy chcieli odgryźć się przez ocean, podpowiadam: jeśli ktoś w przeszłości „profanował” pieśń, to raczej czarni Amerykanie. Profanację biorę w cudzysłów, bo odarcie Swing Low… z pierwszego znaczenia to moim zdaniem żadna obraza, a tylko mniej lub bardziej twórcze dostosowanie tekstu do potrzeb chwili. Trzeba dużo złej woli i mało dystansu, żeby angielskich kibiców posądzać o intencjonalne kopanie „czarnych” świętości. Zwłaszcza że na więcej pozwalali sobie już wiele lat temu tacy ludzie jak George Clinton…

Ale nie od razu funk skomponowano. Po kolei.

Znanych jest przynajmniej kilka modyfikacji pierwotnych słów Swing Low… Wśród nich Swing Down, Sweet Chariot, której nieznany autor postawił na inny biblijny fragment. Czerpał z umieszczonego w Księdze Ezechiela bardzo plastycznego opisu pojawienia się bożego rydwanu (Ez 1, 4-28). Tekst Swing Down… jest na pewno mniej poważny niż oryginału. W centrum akcji mamy idącego przez pole Ezechiela, który dostrzegł anioła majstrującego przy kole rydwanu, a potem szybko przejął wóz i wyruszył w wyboistą podróż na spotkanie z Ojcem w Ziemi Obiecanej. Słowa są inne, ale melodia ta sama, więc związek z pieśnią Willisa oczywisty. Jednym z popularyzatorów tej żywej i luźnej, ale nadal religijnej wersji, był w latach 40. XX wieku zespół The Golden Gate Quartet. Poza tym chociażby Elvis Presley, bo w 1960 roku utwór trafił na album His Hand In Mine, a kilka lat później na soundtrack i do filmu The Trouble with Girls.

Nie wszyscy szli prostą drogą. Niektórzy brnęli dalej i bełtali w garze z pomysłami już nawet nie na Swing Low…, tylko na Swing Down… Wydobywali z tekstu nowe znaczenia i adaptowali melodię na potrzeby kompletnie nieświętej muzyki. Dla mnie mistrzostwo w twórczym przeinaczeniu tego tekstu osiągnął George Clinton, jeden z najwybitniejszych reprezentantów funku, którego oryginalność nie ograniczała się na szczęście do szamańskich szat i czegoś na kształt „pióropusza” we włosach. W 1975 roku jego zespół Parliament wydał płytę Mothership Connection. W tytułowym nagraniu z dopiskiem (Star Child) rozpoznajemy melodię i tekst Swing Down…, ale zamiast niewolników i religii mamy kosmiczno-narkotyczną wizję. Rydwan to tutaj statek matka, któremu wszystko jedno, gdzie poleci. Jak do nieba, to w porządku. Ale równie dobrze może trafić na Wyspy Wielkanocne, Trójkąt Bermudzki czy w ogóle lata świetlne stąd. Parliament nie kryje, że dla tzw. citizens of the universe liczy się tylko dobra zabawa.

No i jak, czy angielscy kibice pognębili dziedzictwo niewolników bardziej niż trzej odpowiedzialni za Mothership Connection (Star Child), wszyscy czarni: George Clinton, Bootsy Collins i Bernie Worrell? Wątpię.

A i to nie koniec. Wystarczy chwilę pogrzebać w serwisie WhoSampled.com, żeby się przekonać, jak często nagranie Parliament było samplowane w innych utworach, głównie rapowych. Hip-hopowi producenci od zawsze darzyli czarną muzykę lat 60. i 70. bezgranicznym szacunkiem i składali jej autorom specyficzny hołd – zabierali fragmenty ich twórczości i wykorzystywali je po swojemu (więcej o samplach znajdziecie w innym tekście z bloga: TEDx Talks. Kilka wykładów o muzyce). Z Mothership… postąpił w ten sposób np. Dr. Dre, który w 1993 roku g-funkowym Let Me Ride przeniósł krótki, końcowy fragment nagrania Parliament do toczonego wojną gangów Compton, czyli na przedmieścia Los Angeles. Wiadomo: laski, pieniądze, jointy, samochody. Swing down, sweet chariot and let me ride – słychać w głośnikach rozkołysanego Chevroleta Impali z lat 60. Jeśli ten wóz jedzie w kierunku jakiegoś nieba, to raczej zapisuje się je małą literą.

Po nitce do kłębka bawełny

Każde wykonanie Swing Low…, nawet kontekstowo i muzycznie bardzo odległe od śpiewu niewolników, połączone jest choćby cieniutką linią z pieśnią w pierwotnej formie negro spiritual. I świadomie lub nie współtworzy jej historię, chroniąc tekst od zaginięcia. Nie jest tak? Parę chwil grzebania w hip-hopowych samplach i trafiamy na George’a Clintona, od jego Mothership… już tylko krok do Elvisa Presleya i The Golden Gate Quartet, a dalej wystarczy zahaczyć o Sama Cooke’a czy jedną z setek innych, bliskich oryginałowi wersji, aby za moment dotrzeć do XIX-wiecznych plantacji bawełny.

Ja tą ścieżką trafiłem na Swing Low… Ale dróg jest o wiele więcej.

***

W ramach post scriptum szybkie wyjaśnienie, dlaczego skupiłem się akurat na tej pieśni. Uważam jej losy za świetny przykład ukłonu różnych gatunków muzycznych wobec własnych, często odległych korzeni. To most łączący różne muzyczne czasy i wrażliwości. Tego typu przykładów – kto wie, być może nawet ciekawszych – jest mnóstwo. Opowieść o Swing Low… to przecież równie dobrze historia Sometimes I Feel…, Down by the Riverside, Go Down Moses i wielu, wielu innych.

Źródła
  • Anderson T. P., „Swing Low, Sweet Chariot”—The Fisk University, https://www.loc.gov/programs/static/national-recording-preservation-board/documents/Swing%20Low%20article.pdf, 15.03.2018.
  • Biblia Tysiąclecia Online, Biblia Tysiąclecia – Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, http://biblia.deon.pl, Poznań 2003, 15.03.2018.
  • Keh A., How a Slave Spiritual Became English Rugby’s Anthem, https://www.nytimes.com/2017/03/07/sports/rugby-swing-low-sweet-chariot.html, 15.03.2018.
  • Niedziela-Meira J., Historia jazzu. 100 wykładów, Katowice 2014.
  • Tyrmand L., U brzegów jazzu, Warszawa 2008.
  • White A., Swing Low, Sweet Chariot: how did an American slave hymn become an English rugby anthem? And what do the lyrics mean?, https://www.telegraph.co.uk/music/news/swing-low-sweet-chariot-did-american-slave-hymn-become-english/, 15.03.2018.
  • Swing Down Sweet Chariot, https://en.wikipedia.org/wiki/Swing_Down_Sweet_Chariot, 15.03.2018.
  • Swing Low, Sweet Chariot, https://en.wikipedia.org/wiki/Swing_Low,_Sweet_Chariot, 15.03.2018.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image