Ile kultur mieści się w muzyce?

Czas czytania: ok. 7 min.

Two great drummers meet in a historical recording combining the Tala of the East and the Beat of the West – to hasło umieszczone na odwrocie płyty Rich à la Rakha, którą w 1968 roku wspólnie nagrali Buddy Rich i Alla Rakha, posiłkujący się w dwóch momentach Ravim Shankarem. Rzadko sięgam po ten album, ale jak już to robię, przypominam sobie, że niewiele jest tak odświeżających muzykę inicjatyw, jak porządny kulturowy miszmasz. I to nawet nie chodzi o to, że uwielbiam dźwięk sitary Shankara, czy zachwyca mnie Buddy Rich tłukący w dholak, bo naprawdę daleko mi do bycia wielkim fanem Rich à la Rakha. Po prostu multikulturowy charakter tej płyty sprawia, że przed oczami od razu stają mi inne efekty współpracy artystów z różnych stron świata (dziś często takie działanie nazywa się „kolaboracją muzyczną”, co jest wyjątkowo paskudną kalką z angielskiego).

Trochę przykładów zebrałem poniżej. Na końcu tekstu playlista.

Pomiędzy Wschodem a Zachodem

Ahmed Abdul-Malik miał sudańskie korzenie, ale urodził się na Brooklynie. Grał na kontrabasie i na udzie. Swoje artystyczne zadanie rozumiał tak: tworzyć przestrzeń do muzycznego współistnienia Wschodu i Zachodu. Potrafił ten cel realizować fenomenalnie. Nie ma być może lepszego na to dowodu, niż La Ibkey (w tłumaczeniu: Nie płacz) z nagranej w słynnym studiu Rudy’ego Van Geldera płyty The Music of Ahmed Abdul-Malik (1961).

Serio brakuje mi słów, żeby opisać wrażenie, jakie za każdym przesłuchaniem robi na mnie ten utwór. Skomplikowany rytm, arabski dźwięk udu i hardbopowy, w pełni amerykański jazz. Wymieszane to jest perfekcyjnie, a słuchając można się wręcz fizycznie zmęczyć, bo żaden z muzyków nie odpuszcza nawet na sekundę.

Uwielbiam przede wszystkim fragment Tommy’ego Turrentine’a (starszy brat chyba słynniejszego Stanley’a). Jego trąbka wpada z impetem, ale najciekawszych jest dla mnie kilka dmuchnięć tuż po 1 minucie i 41 sekundach utworu, które z wielką satysfakcją rozpoznałem jako cytat z Work Song Nata Adderley’a. A to przecież nic innego jak wycieczka do konkretnie murzyńskiej kultury w kompozycji, która i bez tego jest niezłą multikulturową podróżą. O Work Song pisałem w tekście o Oscarze Brownie Jr., bo on dopisał do kompozycji słowa. Trąbka Turrentine’a w La Ibkey wypada na ten fragment głosu umęczonego, „winnego głodu i biedy” więźnia: Been workin’ and workin’, But I still got so terribly long to go.

Afryka wraca do Afryki

La Ibkey to przykład z jazzu, ale wiadomo, że wpływy różnych kultur nie przeplatały się tylko w tym gatunku. Świetnie je widać w zasadzie w całej rodzinie tzw. czarnej muzyki, żeby posłużyć się przykładem, do którego jest mi najbliżej. Jej praprzodkiem jest przywleczony do Stanów Zjednoczonych afrykański rytm, który ewoluował w różnych kierunkach i można go odszukać tak w negro spirituals, jak i w bluesie, jazzie, soulu, funku itd. W pewnym sensie Afryka jest centralnym punktem dużego, muzycznego systemu melioracyjnego, w którym rozgałęziają się kanały nawadniające inne gatunki. Ale przepływ nie jest w systemie wyłącznie jednokierunkowy, bo źródło czasem korzysta z tego, czego rozwój napędziło.

Czy nie tak właśnie było z afrobeatem? Fela Kuti wzbogacił tradycyjną afrykańską muzykę o wpływy jazzowe i funkowe, ale one same z siebie bez afrykańskiej tradycji by nie istniały… W tym kontekście ciekawą rzecz zrobił w 2017 roku Tony Allen, w przeszłości perkusista w Africa ’70, zespole Feli Kutiego, bo na wydanej w Blue Note Records płycie The Source wyraźnie ujazzowił naturalny dla siebie afrobeat.

W ogóle mnóstwo jest zespołów operujących ze świata zachodniego i czerpiących z niego, które nie pozbyły się muzycznych korzeni wynikających z migracyjnej przeszłości. Często dawało to piorunujące efekty. Nawet w PRL-u wydawani byli m.in. Ashantis i Cymande. Z innych przykładów na szybko przychodzą mi do głowy choćby: Osibisa i Boscoe. Drugi z zespołów to w ogóle fajna historia. Muzycy z Chicago w 1973 wydali we własnej wytwórni Kingdom of Chad Records 500 egzemplarzy płyty, po której słuch na wiele lat niemal całkiem zaginął. Dopiero w 2007 roku album doczekał się reedycji dzięki Numero Group.

My homeboys, my camaradas

Może to banał, ale i tak to napiszę: nie każda międzykulturowa współpraca wyda na świat multikulturową muzykę. Kilka przykładów z hip-hopowego podwórka. Co z tego, że Guru wziął MC Solaara na Jazzmatazz Vol. 1,  a Wu Tang Clan zaprosił IAM do numeru La Saga, jeżeli raperów z Nowego Jorku od Francuzów różni tylko język. Podejście do hip-hopu mają identyczne – globalne, uniwersalne. Ale już z Delinquent Habits mamy inną sytuację. Oni sobie wykombinowali, że puertorykańskie trąbki będą pasowały do rapu (można to sprawdzić w Here Come the Hornes czy Tres Delinquentes). Nie byli zdaje się z tym pomysłem pierwsi, ale przybijanie latynoskiego stempla na hip-hopie szło im wyjątkowo dobrze. Na pewno lepiej niż Kidowi Frostowi, który w słynnym numerze La Raza w 1990 roku po prostu sprytnie zblendował język angielski z hiszpańskim:

I’m with my homeboys, my camaradas
Kicking back millaje, why pa mi no vale nada
Yo soy chingon ese, like Al Capone ese
Controlo a todos solo never try to swept me
Some of you don’t know what’s happening que pasa
It’s not for you anyway, ’cause this is for the Raza

Latynoskie piętno odciśnięte na różnych gatunkach to w ogóle temat rzeka, a hip-hopowe konotacje są ledwie jakimś promilem wątku. Wystarczy pomyśleć, jak obszernymi kategoriami są afro-cuban czy latin jazz. Ray Barretto, Mongo Santamaria, Willie Colon, Willie Bobo, Tito Puente, Antonio Carlos Jobim, Eumir Deodato, Caetano Veloso – to parę wziętych z wierzchu nazwisk, które doskonale wpisują się w to, o czym tu mowa.

Przykłady, przykłady…

Zanim spróbuję jakoś sensownie podsumować ten chaotyczny zbiór uwag, dorzucę jeszcze kilka przykładów. Każdy inny, ale każdy ciekawy.

1. Concierto de Aranjuez to znana hiszpańska kompozycja, więc nic dziwnego, że miał ją w repertuarze Paco de Lucia. Zwłaszcza że to koncert na gitarę. Ale Concierto de Aranjuez otwiera też przecież Sketches of Spain Milesa Davisa, który za adaptację na jazz tradycyjnej hiszpańskiej muzyki wziął się w parze z Gilem Evansem.

2. 16 Toneladas jest genialną sambą, wyśpiewaną w 1971 roku przez Noriela Vilelę absurdalnie niskim, głębokim głosem. Znam tę piosenkę z kompilacji Brazuca!, na której w ogóle znajduje się sporo niezłych strzałów (podtytuł płyty mówi wiele: Samba Rock & Brazilian Groove From the Golden Years 1966-1978). To cover utworu 16 Tones. Oryginału z sambą i Brazylią nic nie łączy, bo tytułowe tony opowiadają o ciężkiej pracy w amerykańskiej kopalni.

3. Ale nie trzeba szperać w Hiszpanii czy Brazylii, żeby znaleźć może najlepszy przykład muzycznych kombinacji, o których mowa w tym tekście. Trebunie Tutki i Twinkle Brothers – duet tak oryginalny, jak to tylko możliwe. Na logikę, kto by chciał swatać góralską muzykę z Podhala z jamajskim reggae i dubem. Na szczęście ktoś chciał, bo w praktyce „cłek wolny” to jak najbardziej „human independent”.

4. W tekście na temat festiwalu Globaltica 2018 wspomniałem o koncercie Giliego Yalo. Przywołuję go raz jeszcze, bo ten człowiek nie boi się kombinować i pełnymi garściami czerpie ze swoich etiopsko-izraelskich korzeni. Śpiewa po angielsku i amharsku, używa funku, soulu, jazzu. To wciąż świeża postać na światowych scenach. Póki co wydał jedną płytę (2017). Warto dać mu szansę.

5. Znacie Summertime. Wariacji na temat tej kołysanki nie da się zliczyć. Przeważnie za granie jej brali się muzycy z tego samego kręgu kulturowego, co George Gershwin. Ale nie zawsze. Zespół Le Steel-Band de la Trinidad na albumie Magie Caraïbe świetnie przemielił ten standard na stalowych bębnach.

6. I może jeszcze słowo o Nicoli Cruzie, którego często ostatnio zdarza mi się słuchać. Francuski producent reprezentuje gatunek o nazwie folktronica, będący stopem folku z różnych stron świata z muzyką elektroniczną. Świetne to jest moim zdaniem. Na dowód można sobie włączyć utwór Cumbia del Olvido.

Biały, czarny i Azjata

Wszystko powyżej to tylko liźnięcie tematu szerokiego na kosmiczną skalę. Nie w tym jednak rzecz, żeby znaleźć i poznać każdy dostępny przykład. Tego zresztą zrobić się nie da. Warto natomiast wyczulić się na wyłapywanie muzyki będącej rezultatem łączenia często odległych od siebie kultur. Tak uparcie to wałkuję, bo z doświadczenia wiem, że dzięki temu można trafić na prawdziwe perły.

Za podsumowanie niech posłuży to, co Adrian Younge powiedział kilka lat temu w youtube’owym cyklu Crate Diggers (pisałem o tym filmie w kontekście okładki do Something About April II). Płyty ocenia się po okładkach – wiadomo. Ale jak w ten sposób znaleźć dobrą muzykę? Younge podał swój uproszczony system oceniania. Gdy widzi grupę czarnych gości, to z reguły daje płycie szansę. Jeśli z okładki patrzą na niego sami biali, zerka na ciuchy – plusem są dziwne, „psychodeliczne” łachy. Ale jak zobaczy białego, czarnego i Azjatę, to album bierze w ciemno, bo ci muzycy nie przez przypadek grają razem. Z reguły nagrywają coś nieoczywistego.

Biznes kocha słowo „synergia”. Ono pasuje tu idealnie – łączenie sił, czerpanie z różnych źródeł, żeby stworzyć coś świeżego. Możliwości są właściwie nieograniczone, potrzeba tylko kreatywności. Jeśli muzykom jej nie zabraknie, lista międzykulturowych gatunków muzycznych nigdy się pewnie nie zamknie.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image