Dorothy Ashby: Jazz na Harfie

Czas czytania: ok. 3 min.

Gdy się łazi samemu po ulicach, po głowie chodzą nieraz bezsensowne myśli. Tak po prostu się pojawiają. Mnie ostatnio spotkała taka sytuacja. Będąc mniej więcej na rogu ulic Grunwaldzkiej i 3 Maja w Sopocie, wyobraziłem sobie siebie w teleturnieju Milionerzy. Siedzę w fotelu i słucham pytania za milion (wiadomo…): Na jakim instrumencie grała Dorothy Ashby? A: Gitara. B: Puzon. C: Harfa. D: Klarnet. Ja oczywiście znam odpowiedź, dzwonię do przyjaciela, mówię, że zaraz będę bogaty i potem łatwo kasuję bańkę.

Niby bzdura, ale może nie, bo następnego dnia zacząłem przeglądać dyskografię Dorothy Ashby i myśleć o harfie w jazzie. Słuchanie jej płyt to sama przyjemność, a przy okazji zdałem sobie sprawę, że harfę kojarzę właściwie jeszcze tylko z Alice Coltrane, która w ostatnim czasie jest jedną z głównych gwiazd przemysłu reedycji (to nie krytyka, stwierdzam fakt). Z dwóch powodów to ciekawe. Pierwszy: harfie w jazzie pod względem użycia daleko do trąbek, saksofonów czy gitar. Drugi: o kobietach w tym gatunku muzyki mówi się o wiele, wiele rzadziej niż o mężczyznach, ale żadnego z harfą nie skojarzyłem. W ogóle trzeba powiedzieć, że miejsca w jazzowym hall of fame raczej zajmują panowie. Myślę o grze na instrumentach, a nie śpiewie, bo tym w przypadku teza byłaby może nie do obrony. Czyli pamięta się (słusznie) o Elli Fitzgerald i Billie Holiday, ale świetne np. Bobbi Humphrey (flet), Shirley Scott (organy, pianino) czy właśnie Dorothy Ashby stoją jakoś tak trochę z tyłu.

Harfistka z Detroit

Dorothy Ashby urodziła się w 1930 roku w Detroit, przeżyła 56 lat. Na harfę przerzuciła się w latach 50. z pianina. Pierwszą płytę wydała w 1957 roku (The Jazz Harpist). Nie można powiedzieć, żeby w swoim czasie nie była ceniona przez krytyków, słuchaczy i innych muzyków. Co nie zmienia faktu, że dorobek Dorothy Ashby jest dziś raczej schowany w jazzowej niszy, a jej nazwiska nie wymienia się jednym tchem z takimi jak: Byrd, Blakey, Coltrane, Parker, Davis czy Gillespie. Jakby nie było, z harfą wyczyniała cuda. Odnajdywała się nie tylko w hard bopie i cool jazzie, z którymi kojarzy się ją najczęściej. Ma w dorobku dziesięć płyt w roli liderki, ale też całkiem liczne gościnne występy – np. u Steviego Wondera (If It’s Magic na słynnym albumie Songs In The Key of Life) czy Bobby’ego Womacka (na obu częściach The Poet). Komponowała (wśród przykładów m.in. Pawky i Spicy), korzystała też z gotowców (np. Moonlight in Vermont czy Concierto de Aranjuez).

Poniżej przykład jej cudownej muzyki – album Hip Harp z 1958 roku.

***

Praca Dorothy Ashby pokazuje, że jazz i harfę jak najbardziej można pożenić. A jednak ten instrument – jeden z przecież najstarszych – nie ma zbyt licznej reprezentacji w gatunku. W 2016 roku temat podjął serwis NPR Music, który w programie Jazz Night in America wyemitował audycję Return Of The Jazz Harp. Okazuje się, że Dorothy Ashby i Alice Coltrane mają naśladowców i kontynuatorów – nielicznych, ale jednak. NPR podaje przykłady: Brendee Younger i Edmar Castañeda. Jeżeli chcecie dowiedzieć się na ten temat więcej, polecam wspomnianą audycję.


Źródło fotografii użytych w tekście: E. Azalia Hackley Collection.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image