Gramofonowe podsumowanie 2018 roku

Tym wpisem nadrabiam zaległości, bo przecież końca dobiega powoli styczeń, a ja wciąż nie podsumowałem płytowych zakupów poprzedniego roku. Niby nie muszę tego robić, ale mobilizuje mnie, że przecież od tego rodzaju rankingu zacząłem rok temu prowadzenie bloga (wpis sprzed 12 miesięcy możecie przeczytać TUTAJ). Nie ma co, szybko zleciało. Mało mam czasu na pisanie do Words & Records, ale na pewno ruszenie z tą stroną miało sens. Choćby dlatego, że od czasu do czasu ktoś da mi znać, że poznał tu trochę niezłej muzyki. Poza tym bez bloga pewnie nie miałbym audycji w Gdyni Radio…

Uzbierałem ponad setkę płyt

Dużo czy mało? Nie wiem. W każdym razie w 2018 roku kupiłem o jakieś 40 płyt więcej niż rok wcześniej. Łącznie 109 winyli, praktycznie samych 12-calowych albumów. Mam satysfakcję z zakupów, bo wiem, że do zdecydowanej większości z nich będę regularnie wracał.

Trafiło mi się kilka niezłych okazji w polskich sklepach, np. The Many Facets of Roger Rogera Troutmana w idealnym stanie i za równo 10 zł czy Linton Kwesi Johnson z płytą Dread Beat and Blood, której raczej nie spodziewałem się znaleźć w Trójmieście. Najlepiej szło mi jednak za granicą, przede wszystkim w Szwecji, o czym pisałem w tekście ZE ŚWIATA #3. VINYL PÅ SVENSKA (SZWECJA).

Żeby nie nudzić, powiem po prostu, że jestem zadowolony.

TOP 10

Tak samo jak rok temu, teraz też nie podam kompletnego spisu kupionych płyt, lecz ograniczę się do selekcji 10 moim zdaniem najlepszych spośród ubiegłorocznych strzałów. Tak to wygląda…


10. Quasimoto, The Unseen (2000)

Hip-hopowy klasyk wydany w Stones Throw Records. Madlib i jego dziwaczne wcielenie – Lord Quas. Przedziwna i genialna jednocześnie jest ta płyta. Kreskówkowy rap wydaje się być w pierwszym momencie odklejony od mocno pociętych beatów. Doceni ten album każdy, kto kocha hip-hop.


9. Jan Johansson, Jazz på ryska (1967)

Jadąc do Goteborga nastawiałem się na uzupełnienie regału o przynajmniej kilka płyt Jana Johanssona – szwedzkiego pianisty o paru punktach w biografii zbieżnych z Krzysztofem Komedą (m.in. obaj komponowali do filmów i zginęli przedwcześnie w tragicznych okolicznościach – mniej więcej w tym samym czasie…). Plan zrealizowałem, a Jazz på ryska trafia do dziesiątki najlepszych płyt, które kupiłem w zeszłym roku.


8. Menahan Street Band,The Crossing (2012)

W 2018 roku kupiłem obie wydane póki co płyty Menahan Street Band. To ekipa z Daptone Records, którą słychać u Charlesa Bradleya. Do zestawienia wybrałem The Crossing, bo jej ostatnio słucham częściej. Ale jedną i drugą polecam na równi.


7. Ray Barretto, Latino Con Soul (1967)

Co to jest za płyta!!! Ray Barretto w wybitnej formie, czyli wyżyny latynoskiego grania. Sprawdźcie choćby taki przykład.


6. Marvin Gaye,I Want You (1976)

Słynna płyta, jedna z najlepszych Marvina Gaye’a. Oprócz niej kupiłem w ostatnich miesiącach też Here, My Dear. Teraz czaję się na soundrack do filmu Trouble Man.


5. James Brown, Slaughter’s Big Rip-Off (1973)

Gdyby filmy nurtu blaxploitation były choćby w ułamku tak dobre, jak soundtracki do nich, to powinny być rok w rok obsypywane oscarami (w zeszłym roku nr 1 podsumowaniu dałem Isaacowi Hayesowi za Shafta). Ten album to nie jedyny soundtrack, jaki miał na koncie James Brown. Kawał funku, świetne.


4. Stan Getz, Big Band Bossa Nova (1962)

Mam wielki sentyment do utworu Manha de Carnaval, więc skoro tak świetnie zaaranżowany otwiera płytę wspaniałego Stana Getza, to siłą rzeczy album trafia na listę moich ulubionych.


3. Parliament, Mothership Connection (1975)

George Clintom, Bootsy Collins, Maceo Parker, Fred Wesley, Bernie Worrell – nie wiem, czy da się zmontować mocniejszy skład. Album jest bezdyskusyjnym klasykiem, zawsze będzie wymieniany wśród najmocniejszych pozycji czarnej muzyki.


2. Aretha Franklin, Lady Soul (1968)

Jak na jednym albumie znalazły się takie potęgi jak Chain of FoolsYou Make Me Feel Like (A Natural Woman), to nie ma co za bardzo się tłumaczyć z wyboru tej płyty do jakiegokolwiek rankingu muzycznych osiągnięć.


1. Roy Ayers,Everybody Loves a Sunshine (1976)

Nie wiem, czy za tytułowe nagranie, które uwielbiam, w ogóle za dźwięk jego wibrafonu, czy całkiem funkowy początek albumu. Roy Ayers to geniusz i na tej płycie w wielu momentach to słychać.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image