Gramofonowe podsumowanie 2017 roku

Czas czytania: ok. 5 min.

Napisanie tekstu jak ten wydaje mi się dobrym pomysłem, żeby wystartować z blogiem. Dopiero co zaczął się 2018 rok, więc postanowiłem sprawdzić i podliczyć, jakich winyli i ile przybyło mi w poprzednich 12 miesiącach. Wyszło ponad 60 „nowych” płyt, wszystkie to 12-calowe albumy. Mało dokładnie piszę „ponad”, bo kilkanaście z nich dostałem i za nic nie mogę sobie teraz przypomnieć wszystkich tytułów tych podarowanych albumów. A „nowe” biorę w cudzysłów, bo z 90 proc. winyli jest używanych – od stycznia trafiło do mnie tylko kilka zafoliowanych: kupiłem dwa pierwsze albumy Charlesa Bradleya, reedycje Skidip Eek-A-Mouse’a i pierwszego Arthura Verocaya, ostatni album A Tribe Called Quest wygrałem w konkursie Trzaski.pl, a niebieskiego winyla ze ścieżką z La La Landu dostałem na 30-stkę.

Można na tę 60-tkę patrzeć różnie. Z jednej strony liczba raczej nie zwala z nóg i da się ją bez trudu przebić w 2018 roku. Jednak z drugiej strony to przecież jakieś 6 metrów kwadratowych ułożonych obok siebie, bardzo różnorodnych płyt. No i wypełnionych godzinami rewelacyjnej muzyki. Bo ile płyt mi przybyło, to jedno. Drugie, co się na nich znajduje.

Funk, soul, jazz i trochę ze świata

Przyglądam się tym albumom i gdyby nie słaba reprezentacja reggae – oprócz wspomnianego Eek-A-Mouse’a warto wspomnieć w zasadzie tylko o Live at the Counter Eurovision od Misty in Roots i polskim Daabie – to idealnie oddawałyby one, czego najczęściej słucham. Odkąd zniknął stacjonarny Black Goodies Record Store w Sopocie, wyraźnie gorzej idzie mi zbieranie płyt w stylu Linvala Thompsona czy Barringtona Levy’ego. Poza tym w 2017 roku wszystko w normie.

Widać przewagę gatunków soul i funk, wśród których znalazły się takie albumy jak Brother Where Are You Movin’ On Oscara Browna Jr., Secrets zespołu Con Funk Shun, Portrait of the Originals od The Originals, Smackwater Jack Quincy’ego Jonesa czy Soul ‘69 Arethy Franklin. Dalej pojawia się jazz, w tym kilka płyt Franka Sinatry (Sinatra at the Sands, A Swingin’ Affair, Swing Easy i album w duecie z Antonio Carlosem Jobimem), Stan Getz z Laurindo Almeidą, Live! Cannonballa Adderleya i Soul Trombone Curtisa Fullera. Jak wiadomo bardzo często dobra muzyka to ta, którą trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Dlatego kupiony w połowie roku funkowy Isaac Hayes to jednocześnie soundtrack z Shafta,The Music of Ahmed Abdul-Malik to i jazz, i muzyka świata. Zresztą world music to kolejny gatunek (a raczej kategoria wypełniona różnymi gatunkami), w którym przybyło mi parę ciekawych, zwłaszcza latynoamerykańskich płyt. Poza przywołanym już Arthurem Verocayem mogę wymienić Bobo Motion Williego Bobo, Sol Do Meio Dia Egberto Gismondiego, udaną kompilację Jorge Bena 10 Años Depois czy Stillness Look Around Sergio Mendesa & Brasil ’66.

Tego się nie spodziewałem

Wśród tych albumów jest parę, które traktuję jak spore niespodzianki. Po prostu nie spodziewałem się, choć jakieś prawdopodobieństwo oczywiście istniało, że znajdę je w sprzedaży stacjonarnej w Polsce – na giełdzie czy w sklepie. Dlatego poświęcam im po kilka zdań.

Myślę przede wszystkim o kupionej na gdańskim Jarmarku Dominikańskim pierwszej płycie Geoffreya Oryemy Exile (1990). Z tym muzykiem związana jest bardzo ciekawa historia. Geoffrey Oryema urodził się we wpływowej ugandyjskiej rodzinie, ale nie zawsze miał z górki. W wieku 24 lat musiał emigrować do Francji, bo jego ojciec został zamordowany przez przeciwników politycznych. Tak się złożyło, że od dziecka równolegle poznawał dwa muzyczne światy – afrykański folk i zachodnie techniki gry na instrumentach. Dwukierunkową edukację kontynuował w Europie, a Exile to efekt tej nauki. Na płycie język angielski miesza się z suahili i aczoli. Brzmi to może egzotycznie, ale to jak najbardziej zachodnia muzyka, która nie pozwala się traktować wyłącznie w kategoriach ciekawostki ze świata. Przykład poniżej.

Drugi album to Enoch Light and the Light Brigade Cha Cha’s (1960). Kto słuchał trochę rapu i zna The Beatnuts, pewnie nawet o tym nie wiedząc zetknął się z twórczością Enocha Lighta, którego ten zespół często samplował – m.in. w No Escapin’ This czy Watch Out Now. W każdym razie Enoch Light był skrzypkiem, liderem różnych zespołów, producentem muzycznym, inżynierem dźwięku, założycielem wytwórni Command Records, fascynatem nowych dla swoich czasów technologii rejestracji i odtwarzania dźwięku. Eksperymentował z wielokanałowością, z naukową precyzją dążył do osiągnięcia perfekcji w nagrywaniu muzyki. Nie bardzo czuję się na siłach, żeby ocenić, na ile udało mu się ten cel zrealizować. Wiem tyle, że jego płyty lubię (zwłaszcza Spaced Out z 1969 roku), bo są bardzo mocno osadzone w klimacie lat 60. – muzycznie w gatunkach space age pop i easy listening, ale też po prostu dzięki niezłym okładkom.

Które najlepsze?

Do tego miejsca rzucałem różnymi tytułami, nazwami i nazwiskami. Żeby ten chaos trochę ogarnąć, skończę top 10 najlepszych moim zdaniem płyt, które w tym roku w różny sposób znalazły się na mojej półce. Nie chcę przeciągać tekstu, więc do każdej pozycji dodałem tylko bardzo krótki opis.


10. Stanley Wilson, Music from the M Squad (1955)

Bardzo dobra płyta z filmowego podgatunku crime jazz. Gra orkiestra Stanleya Wilsona, ale nie tylko jego kompozycje tu słychać, np. autorem M Squad Theme jest Count Basie. Dynamiczna, choć może za mało różnorodna płyta, z którą nie trzeba się oswajać, bo „podchodzi” od razu po włączeniu.


9. Ahmed Abdul-Malik, The Music of Ahmed Abdul-Malik (1961)

Na tej płycie bardzo ciekawie łączy się muzyka orientalna z zachodnią. Słychać to zwłaszcza w genialnym La Ibkey.


8. Daab, Daab (1985)

Kupując tę płytę w gdyńskim Vinyl Music, usłyszałem ciekawą anegdotę. Pewnego razu Daab grał gdzieś support przed raczej nędznym zespołem UB40, który publiczność wygwizdała i zażądała, żeby na scenę wrócili Polacy. Jeśli zagrali podobnie do tego, co słychać na tej płycie, to łatwo w tę historię uwierzyć.


7. Frank Sinatra, Sinatra at the Sands (1966)

Sinatra śpiewa i opowiada dowcipy, za swingową aranżację koncertowych wersji słynnych piosenek wziął się Quincy Jones, a z wokalistą wystąpił Count Basie i jego orkiestra. To się raczej nie mogło nie udać…


6. Curtis Fuller, Soul Trombone (1961)

Curtis Fuller na puzonie jako lider, a w zespole m.in. Freddie Hubbard na trąbce i Jimmy Cobb na perkusji. Fantastyczny jazz z lat 60. Na płycie np. rewelacyjne kompozycje Newdless Curtisa Fullera i Dear Old Stockholm Stana Getza, a także wersja In the Wee Small Hours of the Morning, czyli tytułowej piosenki z jednej z płyt Franka Sinatry.


5. Cymande, The Message (1972)

W oryginalnym wydaniu płyta nie miała tytułu – w Polsce dodano The Message. Świetny, dość mroczny momentami funk z wyraźnymi, afrykańskimi odniesieniami. Stronę B otwiera niesamowity, ponad 10-minutowy Dove.


4. Charles Bradley, No Time for Dreaming (2011)

Pierwsza płyta pokonanego we wrześniu przez raka Charlesa Bradleya. Na albumie znajduje się How Long – moim zdaniem jego najlepsza piosenka.


3. Quincy Jones, Walking In Space (1969)

To jeden z najciekawszych albumów Quincy’ego Jonesa, na którym pojawiają się m.in. Hubert Laws, Eric Gale, Toots Thielemans, Bob James, Freddie Hubbard i Bernard Purdie. Najlepszy moment na płycie to oczywiście 12-minutowy utwór tytułowy.


2. Arthur Verocai, Arthur Verocai (1972)

Cytowany na okładce Madlib powiedział, że mógłby tego albumu słuchać codziennie do końca życia. Cudowna, trudna do zaklasyfikowania muzyka Brazylijczyka, który, co warto podkreślić, w 1972 roku miał zaledwie 26 lat. Płyta ma ciekawą historię – przez kilka dekad zapomniana zyskała należną jej sławę dopiero w XXI wieku. 


1. Isaac Hayes, Shaft (1971)

Shaft należy do najbardziej znanych filmów nurtu blaxploitation, także dzięki fantastycznej ścieżce dźwiękowej.  Isaaca Hayesa stworzył jeden z największych klasyków czarnej muzyki lat 70.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image