Globaltica udana jak zawsze

Czas czytania: ok. 4 min.

W trójmiejskim kalendarzu mamy dwa duże festiwale poświęcone muzyce świata. Oba dążą oczywiście do tego samego, czyli do prezentacji przeważnie bardzo odległych Polsce kultur i obu bardzo dobrze to wychodzi. Jednak Siestę Festival i Globalticę, bo to te wydarzenia mam na myśli, pomimo wielu podobieństw całkiem sporo różni.

Pierwsza impreza jest firmowana przez Marcina Kydryńskiego. Siesta nastawiona jest na dostarczanie rozrywki, ale w porównaniu z Globalticą jest o wiele bardziej elegancka, a przy tym solidnie wyceniona i zamknięta w murach Filharmonii Bałtyckiej czy posadzona przy restauracyjnych stolikach podczas Nocy z Fado. Żeby było jasne – nie uważam Siesty za wydarzenie dla nadętych snobów, sam nie raz jeździłem do Gdańska na koncerty. Ale trudno zaprzeczyć, że ciągnie się za nią charakterystyczna dla Kydryńskiego egzaltacja, wylewająca się z jego znaków rozpoznawczych, czyli tych wszystkich „tryptyków”, „dyptyków”, „łaknienia luzofońskich dźwięków” i tony innych powiedzonek. One trochę może irytują, ale bez nich audycja i festiwal nie byłyby przecież „kydryńskie”. Zresztą nie ma się co czepiać, bo ta formuła świetnie się sprawdza. Radiowa Trójka w niedzielę o 15:00 na pewno nie narzeka na brak słuchaczy, siestowych składanek jest już kilkanaście i chyba nie kurzą się na półkach w Empiku (Boleriosa jest przepiękna!), a z kupnem biletów na festiwal lepiej nie czekać na ostatnią chwilę. No i trzeba podkreślić, że Siesta nikogo by nie obchodziła, gdyby w jednym rzędzie z jej otoczką nie stały cudowne fado, bolero, tango czy flamenco. Kydryński zna się na muzyce.

No ale gdy patrzy się tak na Siestę, to wyraźnie widać, że Globaltica jest czymś zupełnie innym. Jest tanio, są food trucki, rzucone do zabawy dzieciom siano itd. No i też jest fantastyczna, nieco bardziej odważna i też chyba egzotyczna muzyka, za której doborem stoi Piotr Pucyło, dyrektor artystyczny imprezy. Bardzo podoba mi się, jak organizatorzy opisali prezentację różnych kultur na festiwalowym www.

Co ważne, na festiwalu nie zobaczymy tych tradycji w „muzealnej” formie, zobaczymy raczej żywotność kulturowych inspiracji, odnajdziemy te obszary, gdzie kulturowe korzenie spotykają się ze współczesnością, gdzie to, co osadzone w tradycji staje się pożądane we współczesnej kulturze.

Na Globaltice nie ma więc filharmonii, ale za to są koncerty w starej wozowni i gdyńskim Parku Kolibki. Nikt nie boi się tu kiepskiej pogody i świeżego powietrza, jest dużo wydarzeń towarzyszących. Takiego, powiedzmy, planowego chaosu. Festiwal jest zawsze różnorodny, o czym parę dni temu podczas dwóch głównych koncertów edycji AD 2018 znowu można było się przekonać. W piątek zaczęło się po polsku od Adama Struga, dalej byli Tuwińcy i Rosjanie, po nich na scenę weszło Haiti solidnie powiązane z voodoo, a na zamknięcie dnia mieliśmy Algierię z Francją.

Gili Yalo zamykał sobotni koncert

Sobotę trochę przeorało zamieszanie na monachijskim lotnisku, przez co do Gdyni nie dotarła Elida Almeida z Wysp Zielonego Przylądka (o, to luzofoński kierunek, więc może Siesta 2019?) i ekipa Chico Trujillo z Chile, co jest sporym smutkiem, bo chociaż Gili Yalo (Etiopia i Izrael) dał świetny koncert, to oni ze swoim latynoskim połączeniem cumbii, rocka, ska i paru jeszcze gatunków, pewnie bez trudu roznieśliby Kolibki.

Ale dotarli czy nie, Globaltica 2018 na pewno nie zawiodła.

Zresztą dla wielu (większości?) uczestników jest zupełnie obojętne, kto wejdzie na scenę. Często mówi się, że jakiś festiwal ma „klimat”, że chodzi w nim o „atmosferę”. No to Globaltica taka właśnie jest. Tu nie ma Prodigy, Nicka Cave’a i Florence and the Machine. Mimo tego ludzie dopisują i dobrze się bawią. A przecież nikt mi nie powie, że to psychofani np. uzbeckiego Oxus Ensemble albo że ktoś się tarabanił do Gdyni specjalnie po to, żeby zobaczyć lapońsko-norweski kolektyw Arvvas…

To jest po prostu fajny festiwal

Uwielbiam Globalticę. Świetne jest w tym festiwalu to, że duża frekwencja nie przeszkadza, żeby impreza zachowała niemasowy, trochę piknikowy charakter. No i też rodzinny, bo od rodziców z dziećmi po prostu się w Kolibkach roi. Można coś zjeść, kupić płyty – raczej CD niż winyle. Inaczej: można dostać i te, i te. Ale o ile za CD odpowiada Mariusz Regliński z Vinyl Music, a na niego zawsze można liczyć, o tyle stoisko z winylami jest na Globaltice po prostu słabe, a jego operator to „król” marketingu: ja nawet nie wiem, co tam w tych pudłach, pod tą tekturą jest. Przede wszystkim nie było w nich muzyki świata… W ogóle w polskich sklepach płytowych i na giełdach ta kategoria jest mocno zaniedbana – wychodzi pewnie nasze kilkudziesięcioletnie zamknięcie na świat po wojnie. Może więc na Globaltice dałoby się coś z tym zrobić? Kramik z winylami w obecnej postaci i tak nie jest oblegany, więc zainteresowanie stoiskiem raczej by nie ucierpiało. Ale tego nie da się chyba sensownie ogarnąć z obecną ekipą od winyli… Jedno, co udało mi się u nich w tym roku znaleźć, to Ennio Morricone z muzyką z pierwszej części trylogii dolarowej Sergio Leonego. Niżej można sobie zobaczyć, jak to wygląda.

***

Czyli było fajnie i tak sobie pomyślałem, że Globaltica wspaniale uzupełnia się ze Siestą, której też nie da się nie polecić. Obie imprezy mówią to samo, ale używają trochę innych słów.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image