Eek-A-Mouse: Biddy-biddy-beng-beng-gon

Czas czytania: ok. 4 min.

Na Riptona Josepha Hyltona, Jamajczyka działającego pod ksywką Eek-A-Mouse, prędzej czy później trafiłbym pewnie sam, ale wypada mi wspomnieć, że poznał mnie z nim mój tato. I to w całkiem specyficznych, jak na początek XXI wieku, warunkach, bo puszczając tę muzykę z wygrzebanych gdzieś na strychu starych, niepodpisanych szpul. Już w latach 80. słuchali z kolegą zarejestrowanych na taśmach takich nagrań jak Wa Do Dem, czyli jakimś cudem – no bo chyba tak można mówić o dostępie do tej muzyki w PRL-u; w końcu to Eek-A-Mouse, a nie The Beatles – dotarli do tych numerów wcale nie tak długo po ich premierze w wytwórni Volcano w 1981 roku. Zresztą mieli na szpulach więcej reggae, w tym tak dobre rzeczy jak I Like It, hit Don Carlosa, o którym dopiero parę lat temu tato dowiedział się ode mnie, że nie nagrał go właśnie Eek-A-Mouse.

Tutaj playlista, coś na kształt mojego TOP 10 nagrań z jego paru pierwszych albumów. Puśćcie sobie i czytajcie dalej.

MOŻESZ NIE POLUBIĆ EEK-A-MOUSE’A

Często się mówi, że kogoś tam można tylko albo kochać, albo nienawidzić. Nie cierpię tego wyświechtanego powiedzenia, ale tu akurat świetnie pasuje, bo Eek-A-Mouse to modelowy przykład faceta, o którego biją się skrajności. Ja jego muzykę uwielbiam, ale wiem, że niektórych strasznie swędzi. No bo oryginalność Eek-A-Mouse’a jest zblendowana z kilku elementów, które mogą na serio drażnić, ale które są też jego największą bronią i znakiem rozpoznawczym.

Jednym z nich jest bazujący na angielskim język jamajski, ten przyciężkawy patois. Jeśli chcecie posłuchać Mouse’a w akcji zerknijcie sobie na dostępne na YouTubie nagrania z różnych festiwali, na których zapowiada swoje utwory… Kolejnym elementem jest głos. Jamajczyk brzmi dziecinnie i jakby miał wiecznie zapchany nos – sporo skrzeczy i piszczy. No i jeszcze ta jego specyficzna forma śpiewu połączonego z mówieniem (tzw. singjay), na każdym kroku uzupełniana o dziwaczne wokalizy. Podam przykład. Eek-A-Mouse tak przywitał się z publicznością na Reggae Sunsplash w 1982 roku: […] they say „la-la”, some say „whoa-whoa”, some say „yeah-yeah”, mi gonna say „biddy-biddy-bena-bena-beng-gon-en-bena-me-en”.

Trzeci element jest najważniejszy. Nie chyba przesady w twierdzeniu, że to dzięki niemu Eek-A-Mouse zagnieździł się w reggae na lata. Jego powyginany, często bezsensowny i ułożony w trudne do wymówienia ciągi sylab śpiew przyciąga lub odrzuca, ale na zawsze pozostanie znakiem firmowym artysty. Dla niejamajskiego ucha te wokalizy często niewiele się zresztą różnią od słów i zdań w języku patois, z którymi się przeplatają – posłuchajcie choćby Schoolboy czy Queen Elizabeth. Trudno ocenić, czy całe to „biddy-biddy-beng” ma wzmacniać znaczenie słów, czy jest dokładnie odwrotnie. A może nie ma to żadnego znaczenia? Szczerze, dla mnie nieważne, co tam dokładnie Eek-A-Mouse sobie śpiewa, bo jego pulsująca muzyka ma co prawda poruszać głowę, ale raczej do kiwania niż myślenia. Ok, trafiają się tu historie o Hitlerze (jest nawet wątek polski: Two hundred thousand Polish children he kidnap, They did not come back), niewolnictwie, rasowych problemach w szkole i inne tego kalibru wątki (również biblijne, jak w Noah’s Ark), ale Eek-A-Mouse nigdy nie dał rady – o ile w ogóle próbował – przedstawić się jako zaangażowany w problemy świata artysta. Po prostu skupiał się na swojej wokalnej inności. Bo przecież na końcu wszystko spina u niego ta kreskówkowa, przylepiona do hipnotyzującego rytmu barwa głosu. Dlatego też nie ma u u Eek-A-Mouse’a takich manifestów jak np. u Boba Marleya (War, Exodus), Burning Speara (Marcus Garvey, Jah No Dead), The Twinkle Brothers (Since I Throw the Comb Away) czy Black Uhuru (World Is Africa). Ale to w żaden sposób nie odbiera jego muzyce jakości.

„JUNJO”, LINVAL I ROOTS RADICS

Zdecydowanie najlepsze rzeczy spod ręki Eek-A-Mouse’a to pierwsze płyty wydane w latach 1980-1984: Bubble Up Yu Hip, Wa Do Dem, The Mouse and The Man, Assassinator, MouseketeerSkidip. Wiem, że pierwsza połowa lat 80. to już czas po Marleyu i premierach całej masy klasycznych dla reggae albumów, ale i tak dla mnie to jest właśnie złota era gatunku. Wtedy roots reggae umiało się porządnie „pobrudzić” dubowymi pogłosami czy dancehallowym rytmem i gadaniem. Mniej było w tych dźwiękach karaibskiego słońca, a więcej ulicy.

To słychać u Eek-A-Mouse’a. Ale czy mogło być inaczej, jeśli za plecami miał gigantów jamajskiej muzyki tamtego okresu, takich producentów jak: Henry „Junjo” Lawes i Linval Thompson oraz zespół Roots Radics? (Swoją drogą warto zerknąć na naprawdę imponującą listę albumów, w których ta trójka, razem lub osobno, coś tam mieszała). Śpiew i instrumenty na pierwszych płytach Eek-A-Mouse’a są ze sobą idealnie poskładane. Okrzyki w punkt wpadają na bardzo głęboki bęben (jak w tytułowym nagraniu na The Mouse and The Man), w utwory dynamicznie wprowadzają gitary, klawisze i trąbki (Star, Daily News Or Gleaner – to już z płyty Mouseketeer), a nieraz w głośnikach kiwa się powolny, wypełniony dubowymi echami trans (w drugiej części Scoolboy BPM-ów jest naprawdę mało). Nie jest monotonnie, a Eek-A-Mouse na cały czas pokazuje jak jest wszechstronny i że dobrze wie, kiedy i jak połamane „bedi-beng” z siebie wyrzucić.

Ja to kupuję w pełni. Ale też zaznaczam, że mówię o pierwszym okresie, w którym tworzył Eek-A-Mouse. Późniejsze płyty tylko sporadycznie sięgają poziomu ze startu lat 80.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image