Charles Bradley krzyknie ostatni raz

Czas czytania: ok. 4 min.

Tekst o Charlesie Bradleyu planowałem napisać dopiero za kilka dni i opublikować na blogu 23 września, w pierwszą rocznicę śmierci artysty. Ale Dunham/Daptone Records ogłosiło właśnie, że 9 listopada, tuż po jego niedoszłych 70. urodzinach, dostaniemy pośmiertny, ostatni album muzyka. Mam więc pretekst, żeby nie zwlekać z tematem.

News o Black Velvet – taki tytuł nosi nowa płyta Charlesa Bradleya – trochę mnie zresztą ratuje. Prawdę mówiąc, chyba nie miałem dobrego pomysłu na ten rocznicowy artykuł. A bardzo nie chciałem pisać tego, co niemal wszyscy zdążyli już napisać przed rokiem: że miał w życiu ciężko, zadebiutował mając ponad 60 lat na karku i dobrze, że zdążył nagrać chociaż 3 albumy zanim rak zadał mu ostatni cios.

Co znajdziemy na Black Velvet?

Charles Bradley przez lata jako Black Velvet imitował Jamesa Browna. We własnych nagraniach czy na koncertach czerpał z niego tyle, ile się tylko dało. Słychać to było w charakterystycznych krzykach, widać w ruchach i w strojach. Fascynacja Bradleya Brownem była czymś najoczywistszym, nigdy nieukrywanym. Dlatego kurtyna jego kariery, bo tak trzeba traktować nadchodzącą płytę, dostała właściwy tytuł.

Na album trafią utwory nagrane podczas sesji do jego trzech albumów. Dobrym przykładem jest singlowa piosenka I Feel a Change, która w nieskończonej wersji pamięta czasy Victim of Love. Do tego kilka co prawda upublicznionych, ale mniej znanych nagrań, np. I Hope You Find (The Good Life) z okolicznościowej EP-ki wydanej na Record Store Day 2014. Plus jakieś przeróbki i trochę coverów, m.in. Sixto Rodrigueza (I’ll Slip Away), Nirvany (Stay Away) i Neila Younge’a (Heart of Gold).

Przebrany, ale nie przebieraniec

Z wieloma osobami rozmawiałem o Charlesie Bradleyu i chyba za każdym razem słyszałem opinię, że to był szczery, autentyczny artysta i człowiek. Takie sprawiał wrażenie. Przypominam sobie, że podkreślał to też Hirek Wrona w audycji Soul Muzyka Duszy, którą w części czy całości, w tej chwili nie pamiętam, poświęcił muzykowi rok temu. Fascynuje mnie to, bo przecież mówimy o kimś, kto jawnie udawał kogoś innego, a po scenie biegał w ciasnych, nabitych cekinami spodniach, w które wpuszczał rozpięte do pępka raz czarne, raz kolorowe koszule.

Myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że skoro najważniejsze w wizerunku Charlesa Bradleya były historia nieusłanego różami życia i głos, który dawał tej historii certyfikat autentyczności, to kiczowate stroje i zapożyczenia były tylko nieistotnymi dodatkami, które nie miały prawa wybić się na pierwszy plan.

Pamiętacie teledysk do Strictly Reserved for You? Wyuczone ruchy aż kłują w oczy sztucznością i śmiesznością. Ale muzyka się broni, a kto zna historię artysty, ten przecież wiele mu wybaczy.

No i jeszcze Changes. W sześciominutowym klipie widać tylko pomarszczoną i zmęczoną twarz piosenkarza (we fragmentach podobnie zbudowany był teledysk do Heartaches & Pain). Naprawdę trudno o lepszą ilustrację do tej piosenki. Takiej twarzy się ufa, nie widać w niej kłamstwa. Changes wydaje się szyte pod Charlesa Bradleya, choć to przecież cover Black Sabath.

Rak toczy Daptone Records

Niemal równo rok przed Charlesem Bradleyem nowotworowi nie dała rady Sharon Jones – oboje byli pierwszoplanowymi twarzami swojej wytwórni. Mieli też bardzo podobne życiorysy. Po latach tułaczki znaleźli bezpieczną przystań w Daptone Records. W idealnym dla siebie miejscu, bo byli ludźmi starej daty, dosłownie do grobowej deski wiernymi „swojej” muzyce. Szczęśliwie trafili na Boscoe Manna i Neala Sugermana, założycieli wytwórni, którzy wokół przypominania ludziom brzmiącego jak dawniej m.in. soulu, funku czy R&B zbudowali odnoszące sukcesy wydawnictwo.

Wraz z Black Velvet ważna część działalności Daptone Records definitywnie się domknie. W listopadzie 2017 roku światło dzienne ujrzała Soul of a Woman, czyli pośmiertna płyta Sharon Jones. Teraz kolej na Charlesa Bradleya.

Pamiętam, że tuż po jego śmierci zastanawiałem się, co będzie dalej z Daptone Records, któremu artystycznie on i Sharon Jones przewodzili. Przyciągali tłumy, byli wręcz magnetyczni. Innych takich gwiazd Daptone Records nie miało. Może jeszcze Antibalas, choć to i tak nie ten kaliber, co Bradley i Jones. A już na pewno nie: James Hunter Six, The Frightnrs, The Como Mamas czy wszystkie te rotujące się muzykami, świetne skądinąd składy, np. The Budos Band, Menahan Street Band i The Sugerman 3.

Dzisiaj patrzę na to z większym optymizmem. Doszedłem do prostego wniosku, na który z jakiegoś powodu byłem zamknięty, że Daptone Records nie potrzebuje aż tak oczywistych frontmenów, żeby nie tylko trwać, ale jeszcze się artystycznie rozwijać. I żeby docierać do swoich wiernych odbiorców, którzy cieszą się nawet najbardziej niszowymi rzeczami. Nie mam złudzeń, że bez gwiazd rentowny biznes dostaje kaszlu i zadyszki. Ale wytwórnia nie musi mieć ciągu lokomotywy, bo równie dobrze może swobodnie szybować. Nie popchnie to pewnie firmy na nowy poziom finansowy, ale też jej raczej nie zabije.

W każdym razie, gdy przejrzy się listę tego, co Daptone Records wypuściło mniej więcej od momentu śmierci Charlesa Bradleya, to nie wygląda to najgorzej. Wiadomo było, że pożegnalny album Sharon Jones odniesie sukces. Ale, przynajmniej na gruncie artystycznym, inne pozycje też dają radę. Można było się spodziewać, że spod szyldu Antibalas wyjdzie solidny materiał. I tak się stało. Nieźle wypadł powrót składu The James Hunter Six. Są i nowości. Dobry album prosto z Kuby wydała Orquesta Akokán, a Michael Rault trochę dziwaczny. I jeszcze The Sha La Das z płytą Love in the Wind, za którą odpowiada ekipa zamieszana w Victim of Love Charlesa Bradleya – ludzie od chórków i wspaniali muzycy z Menahan Street Band.

***

Jest więc w Daptone Records życie po Charlesie Bradleyu, chociaż każdemu, kto słucha soulu i funku, po Black Velvet będzie go jeszcze bardziej brakowało.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image