5 nieśmiertelnych standardów jazzowych

Czas czytania: ok. 4 min.

Słuchałem ostatnio jednej z niezliczonych wersji Autumn Leaves (tej zagranej przez trio Billa Evansa na płycie Portrait in Jazz, jeśli dobrze pamiętam) i stwierdziłem, że jak myślę o jazzowych standardach, to ten przychodzi mi do głowy jako pierwszy. Tylko moment zajęło mi wybranie kilku kolejnych, które niezależnie od okoliczności skojarzyłbym w ułamku sekundy. Krótko je w tym tekście opisuję – kolejność przypadkowa. Dla słuchaczy jazzu te kompozycje są pewnie tak oczywiste, że aż mi głupio. Ale to nic, bo co ja poradzę, że o nich pomyślałem najpierw. Poza tym są tak udane, że zawsze warto ich posłuchać – nawet po raz tysięczny.


Autumn Leaves (Joseph Cosma)

Joseph Cosma skomponował nieśmiertelny utwór, który żyje w formie instrumentalnej i wokalnej w różnych językach (słowa po francusku: Jaques Pervert, po angielsku: Johnny Mercer). Nie mam na to twardych danych, ale zakładam, że Autumn Leaves należy do zdecydowanie najczęściej granych jazzowych standardów. Na liście artystów, którzy po niego sięgali, znajdują się m.in. Frank Sinatra, Eric Clapton, Nat King Cole, Oscar Peterson, Diana Krall, Tony Bennett. Lista ciągnie się w nieskończoność. Proponuję posłuchać Autumn Leaves w interpretacji Cannonballa Adderleya. Trąbką wspiera go Miles Davis, a utwór pochodzi ze słynnej płyty Somethin’ Else.


Manhã de Carnaval (Luiz Bonfá)

Ilekroć słucham Świtu karnawału nie mogę nachwalić się wrażliwości Luiza Bonfy. Brazylijczykowi udało się stworzyć ponadczasowy, poetycki, po prostu przepiękny temat muzyczny. Radość z nadejścia nowego dnia przeplata się w nim z tęsknotą za tym, co bezpowrotnie minęło. Tak sobie myślę, że te dźwięki to kwintesencja nostalgicznej muzyki brazylijskiej. Manhã de Carnaval pochodzi z 1959 roku. Ze ścieżki dźwiękowej do filmu Czarny Orfeusz. W późniejszych latach utwór był oczywiście masę razy wykorzystywany przez innych twórców. Funkcjonował też pod różnymi tytułami, np. Astrud Gilberto posługiwała się pierwotnym Manhã de Carnaval, ale już Frank Sinatra śpiewał A Day In The Life Of A Fool. W 1962 roku Wayne Shorter na płycie Wayning Moments umieścił natomiast Black Orpheus. I ta wersja poniżej do przesłuchania. Wybrałem ją, bo podoba mi się dość zbliżony do oryginału Luiza Bonfy wstęp łamany po chwili przez świetne, hardbopowe fragmenty. Poza tym aranżacja Wayne’a Shortera wyjątkowo dobrze mi się kojarzy. Gdy 5 lat temu braliśmy z Anią ślub, do sali wchodziliśmy przy dźwiękach Take Five Dave’a Brubecka. Ale po ceremonii zabrzmiał właśnie shorterowski Świt karnawału


Summertime (George Gershwin)

Chyba nie da się nie znać kołysanki Summertime. Muzykę na potrzeby musicalu Porgy and Bess skomponował w 1934 roku George Gershwin, słowa napisali DuBose Heyward i Ira Gershwin. Utwór był recyklingowany dziesiątki, setki, może tysiące razy. Świetne jest w tym to, że po Summertime sięgali reprezentanci wielu gatunków i nawet w obrębie jazzu trafiają się skrajnie różne interpretacje, np. Miles Davis podszedł do tematu raczej lirycznie, a Chet Baker nadał mu niemal taneczny charakter. Z całkiem innej bajki: Janis Joplin zagrała woodstockową, przepitą wersją. Ostatnio na jednej z giełd płytowych znalazłem album Magie Caraïbe zespołu Le Steel-Band De La Trinidad – tu mamy Summertime wybijane w 1973 roku na steel drums. A Sam Cooke ma dwuczęściową interpretację w typowym dla siebie soulowym stylu. Przykłady można by podawać i podawać…


Lullaby of Birdland (George Shearing)

W 1952 roku George Shearing razem z Georgem Davidem Weissem, autorem tekstu, złożyli hołd Charliemu „Birdowi” Parkerowi i nowojorskiemu klubowi jazzowemu Birdland. Ich Lullaby of Birdland szybko i na zawsze zostało włączone do klasyki jazzu. I znowu: mało kto, tej kompozycji nie grał i tych słów nie śpiewał. Nie ma chyba nawet sensu szarpać się z podawaniem nazwisk. Cieszę się, że mam ten utwór zagrany przez samego George’a Shearinga – otwiera stronę B płyty The Swingin’ Mutual, wydanej w 1961 roku wspólnie z Nancy Wilson (jest na niej także inny słynny jazzowy standard – On Green Dolphin Street). Poniżej jednak nie on, lecz Sarah Vaughan.


Moanin’ (Bobby Timmons)

To być może najmniej oczywisty – w sensie: przychodzący na myśl w pierwszej kolejności – z opisywanych w tekście standardów. Myślę, że mam go cały czas z tyłu głowy ze względu na sympatię do Bobby’ego Timmonsa (o innej jego kompozycji – Dat Dere – pisałem już w tekście o Oscarze Brownie Jr.). Utwór po prostu zabija! Podpisuję się pod opinią jednego z krytyków, na którą natknąłem się we wkładce do płyty (mam cd z serii The Best of Blue Note Records wydawanej kilka lat temu przez „Politykę”, ale to zdaje się cytat wzięty z pierwszego wydania winylowego). Leonard Feather: płyta zaczyna się od kulminacji, bo trudno byłoby wymyślić coś bardziej porywającego niż groove Timmonsa. Kompozycja jest bardzo murzyńska, bluesowa. Dobrze ten nastrój i rodowód oddają dopisane po czasie słowa. Ich autorem był Jon Hendricks, piosenkę śpiewała m.in. Sarah Vaughan.

Every evening I am moanin’
‚Cause of all I the trouble I see
Life’s a loosing gamble to me
Everybody knows I moanin’

W szybkim tłumaczeniu: zawodzę każdego wieczoru z powodu kłopotów, których doświadczam, życie to dla mnie przegrana gra… I dalej ciągle tak ponuro. Moanin’ to wspaniały, tytułowy utwór z kapitalnej płyty Arta Blakeya and The Jazz Messengers. Niżej do posłuchania oryginalna wersja.

Words & Records uruchomiłem, żeby pisać o zbieraniu i słuchaniu płyt. Staram się sięgać po muzykę, o której mówi się dzisiaj mało albo wcale. I której słucha się zdecydowanie rzadziej, niż na to zasługuje. Skupiam się przede wszystkim na funku, soulu, jazzie, reggae i world music. Szukam albumów, które łączą w sobie różne gatunki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image